matka blog

Twój nowy blog


Moja babcia mieszka na
końcu drogi – cienkiej nitki łączącej jej odległy dom z namiastką cywilizacji,
jaką stanowi najbliższy przystanek autobusowy. W młodości zawsze przeskakiwałem
ten pięciokilometrowy odcinek najszybciej jak się da, w myślach bujając już po
łąkach na rowerze lub wspinając się na najwyższe drzewa.

Dziś świat jest nawet
mniejszy niż dom mojej babci. Schowany w kieszeni telefon informuje mnie o
przelewie z zagranicznego konta, o urodzinach znajomego, o najnowszych faktach
z bbc; cztery przypomnienia ustawione są na jutrzejszy dzień i nawet ta
świąteczna wizyta u rodziny to jeden z punktów napiętego jak struna
harmonogramu. Kościół, kolędy, ciasta i bigosy, zdjęcia i słodkie wino –
wszystko szybko odpływa w przeszłość. Teraz pędzę na ostatni wieczorny autobus,
w głowie unosząc narastający wir jutrzejszych spraw. Mróz ścisnął świat w te
dni i kto żyw chowa się teraz wśród nakrapianych kolorowymi światełkami ścian
swoich domostw. Czekam. Autobus spóźnia się. Ze zdenerwowania zerkam na zegarek
i na pana obok, który też na zegarek zerka. Stoimy skonfrontowani z całkowitą
ciszą tej okolicy, na której tle odległe ujadanie psiarni stanowi jakże
fantazyjny kąsek dla ucha. Pan obok mnie odchodzi dławiąc przekleństwo –
piętnaście minut minęło i pewnie lepiej wrócić do siebie niż marznąć po
próżnicy. Ja nie poddaję się tak łatwo; to nie możliwe żeby tak po prostu nie
przyjechał, ktoś musi być za to odpowiedzialny, może kierowca zmienia koło,
może dopadła go rutynowa kontrola policji… Wymyślam najzabawniejsze
scenariusze, podczas gdy coraz silniej czuję, że po prostu nic już dzisiaj nie
przyjedzie i muszę wrócić. Gorycz, złość, żal.

Oddycham, oddycham,
oddycham. Para z ust unosi ku gwiazdom cały kocioł z myślami. Strząsam z siebie
całą potrzebę komfortu, którą obrosłem jakoś dziwnie ostatnimi czasy. Dowiązuję
sznurowadła, poprawiam plecak i w drogę! Niespiesznie krocząc z powrotem
środkiem szosy widzę blade światło księżyca oświetlające zatopione w
świątecznej atmosferze domki, widzę wieżę kościoła oddalonego o siedem
kilometrów, czuję słodkawy dym z kominów, który potem snuje się między nogami,
dotykam drzewo, z którego kiedyś zrywałem czereśnie.

Przypadek jest wielkim
nauczycielem, jednak często zapominam jego nauki. Tym razem mówi mi: nie tak
miałeś przeżyć ten czas, musisz to powtórzyć. Kiedy ostatnio byłeś wdzięczny za
to światło księżyca oświetlające ci drogę? Kiedy ostatnio mogłeś zamknąć oczy i
iść tak przez całe kilometry? Kiedy ostatnio synchronizowałeś odgłos kroków z
odgłosem oddechu i kiedy te odgłosy słyszałeś jako jedyne? Zaprawdę pokora daje
radość; jak dziecko zaczynam przyspieszać kroku, nie mogąc się doczekać tego
światełka w domu babci, zapachu kuchni, pysznej kolacji, której nie skończyłem,
rozmowy, której nie zacząłem…

Możliwe, że czas wcale nie jest rwącym
potokiem tylko bezkresnym jeziorem, w którym szamoczemy się tak mocno, aż wydaje
się, że płyniemy.

U mnie w porządku.
Praca, wiesz jak to praca a w weekend do baru się pójdzie i tak to jest.
Lepiej mi tu niż w Polsce, zarabiam dużo i odkładam większość.
Trochę boli mnie gardło i czasem w krzyżu od dźwigania wiadra…
Kaśka

Dwadzieściekilka lat nie każdemu dane. Bo jakiż to ciężar dźwigać na barkach świat, jaki wykwit bohaterstwa, gdy obracać wszechświatem możliwości jak kalejdoskopem. Możemy jutro przejść Azję, spać na kamieniu, przykrywać się śniegiem, być wszędzie tam gdzie nas nie ma, rozmawiać w pięciu językach co najmniej, przeczytać dzieła zebrane Kanta, Ginsberga, Jiddu Krishnamurti, obfotografować te miejsca, które jeszcze nie przyśniły się fotoreporterom z National Geographic. Możemy zgłębiać dowolne religie, możemy startować w każdych wyborach, możemy latać rowerem, samolotem, paralotnią, od zmierzchu do świtu pisać pisać, litery jak owce wypasać na białych łąkach, a strony jak odciski stóp stawiać w internecie. Być przy każdym bliskim w każdym momencie, nauczyć się grać na harmonijce na gitarze może, albo walczyć z ociepleniem, z biedą, z ignorancją, rozsiać pokój na bliskim i dalekim wschodzie. We wszystkich widzieć przyjaciela, w każdym miejscu – dom, w każdej drodze oświecenie, w każdym wschodzie radość.. Unieść ponad głowę Nietzchego wraz z koniem
- Hey mate, do you want to stay overtime today?
- Yes indeed!
- Great, so maybe start cleaning from the second floor…

Dwadzieściakilka lat. Mogę tylko uśmiechnąć się. I poczekać.

Tak więc po wielu latach studiowania, wielu miesiącach bez kasy, wielu tygodniach poza domem, wielu dniach imprezowo-oniryczno-poznawczych, wielu godzinach egzaminowania ciała i umysłu, wielu minutach na coś czekania, wielu wielu sekund oświecenia i nirwany, po tym wszystkim co między wierszami i między myślami zostało nigdy nie napisane/powiedziane/pomyślane czas skończyć studia

a żeby je skończyć muszę jeszcze parę rzeczy. Między innymi poniższa ankieta:

Ankieta dotycząca cyfrowej kominikacji miedzyludzkiej

Pomożecie?

ps.
tak naprawdę studiowanie to stan umysłu i niech nikt się nie łudzi że jest inaczej.

Był to czas gdy sprzyjające południowe wiatry nawiały do mojej kieszeni trochę błogosławionej gotówki. Wtedy siadłem pod drzewem i ze skupieniem godnym ekonoma sumowałem, liczyłem, mnożyłem i dodawałem nominały. W tej pracy całkowicie zatopiony, z rękami unurzanymi po łokcie we krwi społeczeństwa, ze spoconym i niewyspanym ciałem wodzę przekrwionymi oczyma po szeregach zer, jedynek, dwójek i piątek niczym po batalionach i pułkach swojej armii. W wyobraźni przesuwają się wszelkie rzeczy które tylko czekają abym je posiadł, marzenia, które wyeliminuję przez realizację. Niech tylko doliczę do końca.
Natomiast świat na zewnątrz przestał istnieć. Znikło drzewo pod którym siedziałem, nie zauważyłem upływu dni, tygodni, pór roku. Nie miałem czasu policzyć liści które na mnie spadły i ptaków, których klucze kiedyś otwierały mi drzwi do domu. Pozostawiłem niepoliczone chmury i gwiazdy w jakże ciężkich do policzenia chaotycznych nieskończonościach. Z tego liczenia mam brud na sobie, ten z wszystkich lepkich rąk, nieczystych interesów, nieszczerych intencji.
Teraz zanurzam dłonie w rosie, w trawie, w ziemi; niech je wyczyści i obmyje, niech słońce osuszy mój pot. Teraz chcę liczyć was liście i ptaki, was gwiazdy. Teraz chcę się porwać na rzeczy ostateczne, których księgę człowiek tak rzadko otwiera.
Zatem wkładam banknoty do dziupli, zostawiam pomieszane z liśćmi na gorsze czasy. Ruszam policzyć uściski dłoni, toasty, uśmiechy od posiadaczy i od najemców.

Czasami nieśmiertelność przychodzi niepostrzeżenie. Wystarczy nieoczekiwany splot okoliczności, jakiś gest, słowo, opowieść, która echem odbijać się będzie od ścian tego świata lub rzeką wyleje się na papier. Czasami człowiek umiera do końca nieświadomy swojej nieśmiertelnej części.

„powódź tysiąclecia”

- Dzień dobry, jedzie Pan na Kłodzko?
- Wsiadaj.
Gładko suniemy przez pogodny krajobraz południowej Polski, po lewej doglądając majestatycznej ułudy ruchu czeskich gór. Widok wyostrzony jak kosa, ziemia pachnie płodnością, ptaki stadami wydziobują ziarna spomiędzy czarnych skib.
Kierowca – strażak z Paczkowa, nieogolony, małomówny, z trudem przychodzi mu opowiadanie o historii tych terenów. Jedziemy zatem połączeni tym czasem i tą przestrzenią jak kajdankami. Losowy mieszkaniec tych ziem z losowym mieszkańcem ziem innych. Tematycznie ślizgamy się po zdawkowym relatywizmie pogody, po płytkich wodach stanu ekonomicznego kraju, nie zagłębiamy się w problemy regionalnego rolnictwa.
Jadąc przesmykiem między jeziorami Nyskim i Otmuchowskim, mrużąc oczy od słońca odbitego w gładkiej ich toni uświadomiłem sobie, że to przecież tutaj i to nie tak dawno ta woda odgrywała swoje apokaliptyczne orgie. Pytam o to mojego kierowcę.
I oto na czoło wstępuje mu gwiazda, oczy zapalają się, mimo skomplikowanych zakrętów gestykuluje obiema rękami, rozgląda się jakby chciał wypatrzeć tamte szczegóły, otwiera okno jakby chciał poczuć ten odór. Był wtedy na służbie czyli w epicentrum wydarzeń. Nagle uspokaja się i opowieść kontynuuje za niego jedna srebrna łza. Jak w retrospektywnym lustrze widać w niej dzieci podawane przez okna, ludzi ściąganych z dachów, nieustanną walkę na worki z piaskiem, śmieci płynące środkiem miast, głównymi ulicami poruszające się pontony, obsunięcie skarpy z połową cmentarza, walące się zabytkowe kamienice, zerwane mosty, ludzi uczepionych drzew, znaków drogowych , latarń, ludzi, których siłą trzeba odrywać od dorobku życia.
Łza spłynęła przez policzek zostawiając mokry ślad; powódź przeszła właśnie przez twarz tego człowieka. W milczeniu podaję chusteczkę.

„Travnik”

Przemierzając Półwysep Bałkański co chwila widać zniszczenia wojenne – tutaj te blizny goją się bardzo wolno. Już na bośniackiej granicy pytają o materiały wybuchowe; gdy ze śmiechem wskazuję na menażkę jako minę przeciwpancerną nikt się nawet nie uśmiecha. W Sarajewie bloki inkrustowane odłamkami pocisków, ściany jakby obrzucone kamieniami przez smyków.
Teraz Travnik – 70cio tysięczne miasto; od północy ograniczone pasmem górskim Vlašić, a od południa przez zbocza gór Vilenica. Niedgysiejsza siedziba wezyra, najznamienitsze centrum handlu i rzemiosła, ośrodek przemysłowy i ostoja dyplomacji, podczas wojny siedziba serbskiego ruchu oporu. No właśnie, wojny..
Po trzech kawach wypitych po drodze z kierowcami trzęsę się i serce mi wali jak młot, jednak wbrew instynktowi zgadzam się na następną. Zatrzymujemy się na obrzeżach miasta. Scena dosyć dobrze obrazująca życie na Bałkanach to straszliwie mocne espresso popijane wodą przy dźwiękach nawoływania muezina wzywającego na modły. Mój dobroczyńca gestem pyta się czy mam ochotę na Coca-Colę – widocznie mają tu we krwi wielki deficyt kofeiny.
Ruszamy przez miasto. Z lewej strony rozciągają się góry Vlašić, z prawej widać pasmo Vilenicy. Do porozumiewania się używam uniwersalnego słowiańskiego bełkotu i rąk, jednak to wystarczy aby starszy ten pan zaczął swoje wspomnienia. Ciężko nie opowiadać, gdy co rusz mijamy jakieś zgliszcza, rozwalony dom, dziurawy dach, podziobane kulami ściany bloków. Odpowiada na pytania, których nawet nie muszę zadawać. Podobno miasto nie ucierpiało bardzo, natomiast ogromne były straty w ludziach. Nic dziwnego skoro po jednej stronie Serbowie, po drugiej Bośniacy mając miasto tak pięknie malowniczo położone w dolinie mogli dać upust swoim składom amunicji.
Jak bardzo ciężko zrozumieć człowieka, który przeżył wojnę komuś kto tylko o niej słyszał. Czy możemy oczami wyobraźni objąć naraz krzyk, świst kul, swąd ciał, płacz kobiet i dzieci, zapach krwi i prochu, huk eksplozji, żar ognia, zimny pot na czole, pył i dym w płucach. Czy moglibyśmy w ułamku sekundy podjąć decyzję o narażeniu życia dla kogoś? Czy możemy zrozumieć tchórzostwo wobec śmierci? Czy możemy wybaczyć zdradę?
Kierowca ciągle opowiada. Mimo, iż rozumiem tylko urywki to emocje które mu towarzyszom mówią o wiele więcej. Unosi ręce w geście poddaństwa, zakrywa oczy, odwraca głowę, schyla się, udaje że strzela, podnosi kołnierz i wtula głowę w ramiona, wskazuje na zbocza Vlašić, wskazuje na góry Vilenica…
Jedziemy środkiem doliny przez to zbite miasto.

„Świeżonka”

„Dzień dobry Mobilki, tu wita was Bubu Autostopowicz, który pomaga Mobilom w potrzebie…” – takim tekstem autopromocyjnym Bubu przerywa co kwadrans standardowy żargon kierowców przez CB radio. Władowaliśmy się do szoferki we dwójkę wprost z ciemnej, zimnej i mokrej niedzieli, gdy wreszcie któraś anonimowa para świateł zatrzymała się obok. Jesteśmy na 257 kilometrze, ścieżka do Warszawy czysta jak łza, miśki z suszareczką zostały już za nami, można zrelaksować się, zapalić. Bubu zaczyna opowiadać.
Wcześniej obok baru Świeżonka wpatruję się w ciąg aut sunących główną arterią kraju. Deszcz mieszając się z gęstniejącym mrokiem pozbawia mnie powoli kontaktu z rzeczywistością, nakłada na mnie make-up typa spod ciemnej gwiazdy. W takich chwilach chciałoby się rozpalić ognisko, schować się pod przystankiem, stanąć w świetle, porozmawiać z kimś, w takich chwilach czuć nadzieję jak wychodzi poza ciało, staje się ezoteryczna i fatalistyczna. Świat magiczny zaczyna istnieć.
Widzę go jak się zbliża. W kamizelce odblaskowej z karteczką „W-WA” staje za mną. Po chwili podchodzi. Próbujemy rozmawiać stojąc razem na marginesie. Skąd jest? Chyba spod Radomia. Dokąd jedzie? Chyba do Warszawy, ale zawraca. Skąd wystartował? Chyba z Katowic. Szczegóły giną w szumie opon o mokrą nawierzchnię i ryku silników.
- Może masz ochotę na świeżonkę? – proponuję
Ciepłe wnętrze pozbawia czas jego ostrych granic; nigdzie nie trzeba się spieszyć. I tu Bubu obnaża swój świat. Jest Autostopowiczem, dobrym duchem głównych tras w Polsce. Od kilku miesięcy jeździ tak bez przerwy i pomaga kierowcom ciężarówek; zna plany większości miast, sposoby dojazdu do miejsc rozładunku, wie ile kilometrów ma dziś korek pod Siewierzem, gdzie stoi inspekcja, gdzie był wypadek, gdzie stoją dziwki.. Kierowcy pomagają mu za to dając jakieś żarcie i papierosy, czasami nocują go w kabinie lub w budynkach spedycji. Jego opowieści niosą w eter przez CB radio, gdzie już jest kojarzony, gdzie obrasta powoli w legendę.
Bubu potrafi być wdzięczny – za posiłek chce ofiarować mi swoją kamizelkę, swój znak rozpoznawczy.
Patrzę na tego chłopaka spod Radomia, jego ufność i szczerość aż biją po oczach. Przecież mógłby teraz pracować za granicą, mógłby spotykać się w pubie ze znajomymi, mógłby chodzić na dyskoteki, mógłby przemierzać kraj jadąc do dziewczyny.
- Bubu dlaczego to robisz?
- Wiesz, pół roku temu ojciec ukradł mi wszystkie pieniądze i wyrzucił mnie z domu.

Kończymy, trzeba się zebrać w sobie i wyjść. Trzeba poskładać myśli. Wychodzimy na drogę jakbyśmy wracali do domu.

Teraz ja podwożę te historie. Puszczam je w nieskończony obieg. A może tylko zakopuję kapsułę czasu, żeby nie zapomnieć, że byłem, że przeżyłem to, że oni byli, że byliśmy…

Z całej powierzchni globu pożyczając ten mały skrawek co go moja stopa pokrywa
Z całej masy atmosfery pożyczając tyle by do następnego oddechu płuca wypełnić
Z całej przestrzeni wycinając tylko tyle by o następny krok do przodu się posunąć
Ze wszystkich wód świata pożyczając te kilka kropel które żywym srebrem we mnie mienią się
Ze wszystkich płodów ziemi pożyczając tylko tyle by nagle do niej nie przybił mnie głód
Z całej jaskrawości pożyczając ten jeden promyk który twarz będzie ogrzewał mi
Ze wszystkich religii świata pożyczając tylko tych bogów których daremnie myśl moja poznać próbuje
Ze wszystkich dróg świata tę co nie do celu prowadzi a sama celem jest

Ze wszystkich ludzi Ciebie wybierając pragnę zacząć oddawać te długi…

W mieście pojawił się koń. Na moje oko – kasztan, Koń Polski Zwyczajny. Z daleka już widać jego pomnikowe ruchy, spiżową, lśniącą sierść. Za uzdę trzyma się chłop. Z daleka już widać jego posturę jak z socrealistycznego plakatu. Razem zgłaszają tę niemą pretensję do miejskiego krajobrazu, razem stanowią wyjątek potwierdzający wielkomiejską regułę.
„Koń jaki jest każdy widzi”, ale czasy się zmieniają panie Chmielowski i konia nie wszyscy widzą dziś. Nie widzi go chłopak w bluzie z wizerunkiem Che Guevary, cały schowany pod muszlami słuchawek i przywalony gigabajtami muzyki, nie widzi konia potężny mężczyzna rozciągnięty w tej chwili na cyfrowej platformie swojego wszechmogącego telefonu, jak również przegrywa koń z najnowszymi trendami w modzie wyczytywanymi przez młodą dziewczynę w gazecie „Glamour”. Cały tramwaj w letargu podróży z punktu A do B; ludzie przesypując drobne w kieszeniach, obracają w myślach gwiazdozbiorami swoich spraw. Jedynie małe dziecko na widok konia przykleja się do szyby, śmieje i gaworzy. Jego matka ucisza je, wyciera buzię chusteczką.
Natomiast mnie wypchnęło to zjawisko przez drzwi wagonu, wyskoczyłem z tego konia trojańskiego, w którym wojownicy pousypiali lub zapomnieli że mają Troję zdobywać.
Na ulicy tłumy przechodniów, mrowiskowy gwar i pośpiech, bezpieczeństwo w anonimowości, ciężkie powietrze obraca się w płucach, to tu to tam brud przywiera do ścian, jak kule samochody przeszywają serce miasta, zielone jadą czerwone stoją, warczenie silników, klaksony i pięści kierowców, ruchome reklamy, ulotki i zrywki, polowanie na promocje, pociąg do Piotrkowa, rzodkiewka na targu, słońce łagodzi obyczaje, frytki łagodzą głód…
Na chwilę zawieruszyłem się w tym żywiole, ale po chwili widzę, idą: człowiek prowadzi konia tym normalnym ruchem jak gazeciarze swoje rowery prowadzą, jak menedżer niesie swojego laptopa. Człowiek i jego narzędzie.
Przepraszam, czy to jakiś heppening? Zagaduje z tłumu dziewczyna. Nie, mówię, to raczej parada równości. Albo próba rewolucji.
Stoję i patrzę. Nic nadzwyczajnego się nie dzieje. Idą wzdłuż ulicy spokojnie mijając zarówno bijące dzwony kościelnych wież, jak również prostytuujące się polityczne idee, które wylewają się wraz z szerokim uśmiechem jakiejś głowy z plakatu. Ostatecznie czy to nie głupie stać tak, w środku miasta, patrzeć się na konia, obserwować człowieka, gonić jednorożce… podczas gdy czas jest wredny i umyka, trzeba pędzić i zdobywać, polować i produkować, maszerować po wytartych tysiącami stóp drogach, na których nikt sobie nie życzy końskiego łajna.
Zrównuję krok i kierunek. Przez chwilę idziemy razem. Defilujemy, pielgrzymujemy, płyniemy oddalając się w przestrzeni (a może i czasie) od rzeczy ważnych i bieżących, od centrum. Miasto wydala nas jak nie strawiony kawałek sałatki warzywnej.
Widzę teraz niezmordowane rysy śniadej twarzy chłopa, jego czerwony nos. Przez chwilę chcę spytać go, panie, a dokąd to idziecie z tym koniem? Przez chwilę chcę rzucić się zwierzęciu na szyję jak Nietzsche w swoim obłędzie. Cóż jednak mogę? Czego chcę?
Pewnie odprowadzę ich do mojej granicy dobrego smaku i podwinę ogon, wejdę do kiosku i kupię bilet na tramwaj, dam pijakowi złotówkę na wino albo odmówię komuś ognia bo nie palę.
Jeszcze raz spoglądam na konia i widzę jak z oka toczy mu się duża, tłusta łza
po twarzy

Moja Kochana Islandio
Pani piękna jak zorza polarna i tajemnicza jak midnight sun. Kiedy trzeba Ty gorąca jak wnętrze ziemi rozgrzewasz żądze najdziksze albo delikatnym strumieniem piescisz moje 36,6 żywe ciało. Kiedy indziej na moje plecy posyłasz bicze wodne wodospady lub do czola swojego lodowca mnie przykładasz.
Przepraszam, że dopiero teraz tutaj jestem, ze dopiero teraz Cię spotkałem. Tyle bylo swiata po drodze, tyle bylo Drogi po drodze. Przez te lata to ja byłem włóczęga-poszukiwacz, ale dokąd włóczęga? i czego poszukiwacz? to dopiero teraz mi sie objawia.
Zatem pozwól mi położyc sie obok Ciebie na morzu, daj znak, a przebudzi sie we mnie ta lawa co tylko czeka pod skórą, niech płynie wszystkimi porami i niech nas stopi w jedno; taka ostateczna mimikra. Wtedy, ach wtedy, porosnie nas trawa taka po kolana i beda po niej biegac ziwerzęta te co zazwyczaj szarpią za łydki i toczą piane. Bedzie je mozna karmic z ręki i lew jesc będzie trawę. Będziemy do Słońca zanosic usmiechy a do Księżyca wyc nocami. Każdy oddech to tęcza, kazde westchnienie porusza firankami aurory borealis. A ciepły Golfsztrom niech ogrzewa nam nogi jak kot. Niech nas żywia żywioly!
Nasze dlonie a fjordy głaszcza fale, a miedzy palcami przelatują nam ptaki swobodnie. I dzień i noc i ogień i woda – wszystko zaplącze się jak wlosy i będzie nam lato stulecia. A korzenie niech sobie odpoczną i falują w glebokim oceanie drocząc się z rybami i penetrując wraki.
Jednak jeszcze płynę w Twoim kierunku, oplywam Cię dookola. W przestworzach juz widzę Twoje odbicie, pod palcami juz czuję Twoj brzeg…
Tylko czekaj na mnie

Witam Cię Bożeno,
moja przyjazna duszo po drugiej stronie elektronicznego oceanu. Nie będę znowu wywlekał za zgrzebne płótna armii średniowiecznych pokutników, aby zmazać winę swą oczywistą. Tylko to że w straszny poślizg wpadłem na oblodzonym mrozami stycznia zakręcie i znalazłem się w lutym już. I smucę się bo oprócz mrozu szarpią mnie wilki-sprawy za łydki. I cieszę się bo są one bardzo pożyteczne te sprawy, a każdą z osobna pogłaskać należy.
Wysyłam Ci kolejny list w postmodernistycznej butelce, w akcie nowoczesnej desperacji (bo czy nie desperacją jest szukanie poparcia dla swoich idei, przekonań i myśli; wysłuchania) prawie jak rozbitkowie, bo przecież żyjemy coraz bardziej na bezludnych wyspach zamieszkałych tylko przez nieliczne isoty, nieraz całkiem obce. Stąd ta samotność, myślę, i ten autyzm społeczny chyba. Ale jest jedno jeszcze i myślę, że się szuka tego w każdej wiadomości. To „ciepło słowa”, jakaś wewnętrzna energia, która tworzy aurę wokół tego co się z siebie wyrzuca. To najbardziej łączy rozbitków, nawet z dwóch bardzo oddalonych wysp, i wiem, że w każdej wiadomości od Ciebie uświadczę ciepła tego pod dostatkiem.
Uff, ale się rozpędziłem, to wszystko przez to, że nieraz szybciej piszę niż myślę. Ale tak naprawdę, to korespondencja z Tobą jest dla mnie także autowykładnią moich myśli (coś jak porządki w szafie), dlatego nieraz najnormalniej piszę trzypotrzy.
Nieszczęściem skasowałem ostatniego maila od Ciebie. Prosze napisz coś do mnie i nie martw się o formę przekazu (spróbuj naturalnie coś jak gotowanie zupy), przecież nawet nie wiem jakiej muzyki słuchasz i jak Ci się układa w małżeństwie. Co do mnie to wpadłem w wir teraz, mnóstwo załatwiania i treningów, a poza tym sesje jak Nike z mieczem nade mną.
Pozdrawiam jak tylko mogę!

* * *

Bożeno
Więc oto znowu piszę do Ciebie po przerwie. Musiałem dać sobie kilka dni aby zacząć to pisać. Po pierwsze dlatego, że ostatnio czas przyśpieszył niesamowicie i nie mogę już nadążyć w tym tempie. Po drugie list Twój zmiótł mnie jak fala z pozornie bezpiecznego brzegu na którym stałem. Teraz szumi mi w głowie. Te kilka dni to ja DORASTAŁEM do tej odpowiedzi. Bo (jak zauważyłaś) mam dopiero 21 lat i wciąż (chyba) jestem młody i nieuformowany. Ciągle, jak widzę, dziwisz się dlaczego akurat do Ciebie trafiają moje wynurzenia. A dlaczego nie? Ostatecznie mogę to położyć na grzbiecie przypadku i losu, ale nie będę aż tak małostkowy. Najbardziej ociosana teoria jaką udało mi się tu, naprędce wymyślić, jest taka, że masz w sobie taką subtelną relację między świeżością myśli, a opiekuńczością przytulną (naprawdę jesteś pierwszą osobą jaką znam, która, podobnie jak ja, nie zna zazdrości, ni nienawiśći). Ja także ufam IM nieskończenie, ja także dostaję od NICH nieraz cięgi za to.
Chciałbym Ci napisać coś o sobie, jednak wstydzę się mówić o tym; boję się pielęgnować to „ja” niesforne (nieraz zauważam, że jest mnie za dużo). Jednak korespondencja rządzi się swoimi prawami; nie ma tu mowy o anonimowości (w przeciwnym wypadku nie różniło by się to od „Big brothera”), więc i ja muszę odwzajemnić się jakimiś o sobie informacjami (niektórym pisanie o sobie daje niewspółmiernie większą przyjemność i ja to rozumiem).
Na początku chciałbym rozwiać prawdopodobne Twoje myśli o mnie; nie jestem anorektyczno-astmatycznym, chudawo-bladym chłopięciem z pogranicza mgiełki. Nie buduję pod chmurami. Czasami słowo wymyka się spod kontroli i kreśli fałszywe obrazy. Tak naprawdę to chodzę ulicami jak każdy; mieszam się z tłumem nawet lepiej niż inni. Prywatnie robię dużo rzeczy. Trochę dużo chodzę po wzniesieniach, trochę dużo jeżdżę na rowerze, trochę piszę i zajmuję się stickartem. Tak więc, żyję w zgodzie z prozą, poezję zostawiając sobie na bezsenne noce. Mam nadzieję, że to zabrzmiało już mniej tajemniczo. Wystarczy, bo niebezpiecznie zbliżam się pod samochwalstwo, a tego bym nie chciał najbardziej.
Pytasz się mnie o to „nieszczęsne” szczęście. Nie mogę Ci tego wytłumaczyć z biegu niejako. Jeszcze czas nie dojrzał. W korespondencji przyszłej myślę, że uda mi się chociaż trochę bardziej oswoić swoją teorię, by dało się ją wkręcić w jakąś subtelną groteskę lub przyjazną analogię. Na razie jednak uchylam się od tego tematu, gdyż korzenie jego sięgają w takie głębiny mojego jestestwa, których sam nie jestem pewien.
Wiesz o mnie już dużo więcej niż ja o Tobie (tak mi się zdaje), ale dołożę Ci jeszcze informacje, o które mnie prosiłaś. Tak więc, jestem z Częstochowy naprawdę. Lubię to miasto. Nawet studiuję w nim na tutejszej politechnice (marzenia o lepszej uczelni zostawiłem na później). Mieszkam w bloku z wielkiej płyty. Jestem najstarszy z czworga dzieci swoich rodziców, z którymi mieszkam obecnie. To chyba tyle. Powinnaś wiedzieć, że w rzeczywistości jestem prozaiczny aż do bólu.
Nadal jednak jestem głodny informacji o Tobie. Obecnie nie mam już czasu na przesiadywanie na czacie, więc jesteś jedną z nielicznych mych internetowych znajomości. Priorytet odpowiedzi Tobie jest najwyższy. Dlatego (o zgrozo!) tyle próbuję napisać zawsze. Oczami wyobraźni widzę Cię; jaka musisz być szczęśliwa żyjąc w rodzinnej harmonii i miłości. Ja podświadomie czuję, że jest to ideał, do którego nigdy nie dotrę. Ale nic. Kończę. Czekam zawsze Twej odpowiedzi; każda przybliża mi człowieka. Powiedz mi teraz, Bożeno, coś o sobie ładnego i oficjalnego ;).

* * *

Droga Bożeno
W chwili gdy włączyłem outlooka, zasiadałem do komputera z dawno powziętym, szczytnym zamiarem odpisania Tobie. Nie mówię wcale tego by częściowo się usprawiedliwić, ani by dodać swojemu mailowi atrakcyjności, jak fajerwerkami uatrakcyjnia się nudny zlot partii, wcale nie o to mi chodzi, tylko, że to jest prawda. W tej właśnie chwili jakby materializacja myśli – przyszedł do mnie Twój list, na który odpowiadam. Nie wiesz jak bardzo mi wstyd. Tym bardziej, że zdecydowałem się w końcu napisać do Ciebie, w chwili przed wyjazdem w Tatry. Teraz gdy patrzę na siebie z Twojej perspektywy to widze jakim gruboskórnym stworzeniem może być mężczyzna. I ja się do tego przyznaję. Jednak nie mam na tyle złej woli i sadyzmu, aby osierocić nas z siebie. Zawsze będę odpowiadał na Twoje listy, na pochybel zasady wiecznego rozpadu panującej w internecie. Boże, jak ty ładnie umiesz pisać o takich delikatnych rzeczach jak miłość i nienawiść. Ja Cię widzę, Bożeno. Widzę Cię popzez kotarę z literek, którą mi przesyłasz. I nie standardowo Cię widzę, jak twarz, nie, nie od krągłości bioder zwiedzać cię zaczynam. Najpierw to ja ujrzałem Twoją duszę i serce. Dzięki za to.
A jeszcze nie przeprosiłem. Przepraszam przepraszam przepraszam. Po hebrajsku to by znaczyło: bardzo przepraszam. Ten „czas” winny, choć i moja wina w tym tkwi jak jajko w żurku. Ale chcę. Chcę dalej. Chcę abyś mi opowiedziała siebie do końca, jak matka opowiada dziecku bajkę choć ono już śpi dawno. Tak mi siebie opowiedz. I do końca. Nawet te rzeczy, których nie jesteś pewna, albo jeszcze nie wiesz, że są w Tobie mi opowiedz.
Spróbuję się odezwać jeszcze, mimo że goni mnie wszystko co gonić mnie może. Ale te listy od Ciebie to są bardzo jak hamulce na pęd mojego życia. Więc napisz i hamuj mnie. Dziękuję i pozdrawiam.
I jeszcze raz przepraszam.

Widzę o liście spadają to już tuż tuż tęsknota jak tęsknią wszystkie stworzenia a w Polsce oczywistniej. No to lepiej zatem tęsknotę oprowadzić po świecie niech zobaczy że nie jest sama. Gdyż to ona pani powoduje korzeni wyrastanie ze wszystkich części ciała. Nawet o mur oparte wrasta i czepia się głównie tam gdzie ciepło i można się wtulić w sierść własną. Teraz trzeba je obcinać i rąbać jak mały książę baobaby przeklęte te korzenie. Na stopach gdy rosną to łatwo je się ściera o asfalt a te na ramionach łatwo usychają na wietrze gdy nie ma kogo objąć. I tak wędrować bo wielka to rzecz być w drodze a zła to rzecz przyrosnąć i stać w miejscu gdzie zaraz chłop z siekierą przyjdzie i zetnie i w kominku spali.
Ale tam raje niebieskie i komfortowe telewizory spadają jak manna to czemuż się opierasz? Wszystko za naciśnięciem przycisku się zmienia i otwiera na użytkownika a opcje się łaszą jak kandydatki na miss. Dlaczegóż zaprzestać spożywać owe owoce swej pracy i mebli gładkich kompletowania zaprzestać? Bo siedzieć w fotelach głębokich jak na tronach bez władzy albo o dywanach wiedzieć że nigdy nie będą latające to po co mi to? Ostatni gwizdek czajnika i herbaty łyk bo już wołają na pokład. Zamiast telewizora wolę szybę samochodu którym mnie wiezie przygodny kierowca a przygody samopas się sieją jak odcinki serialu. I tak nigdy nie spać dwa razy w tym samym miejscu a tobołek mieć za poduszkę za żagiel koszulę to już tylko w krajobraz uklęknąć i skrzydłami objąć ziemię.
Ale dopokąd tak włóczyć nogami i rękami głaskać powietrze wszystkich kontynentów? dokąd wzdychać do kaśki a nabożne modlitwy szeptać do delikatnej księżniczki? Do drzwi tysiącznych pukać i szukać otwarcia do kiedy? do chwili gdy nagle stanąć i zrozumieć że wszystko było w środku że się odsłoniło i widać wyraźnie wyraźniej niż oczami widać. Wtedy tez siąść pod drzewem i pozwolić korzeniom wzrosnąć ale do wewnątrz w tamte ziemie i przestrzenie się wgryźć bo zobaczyć że na zewnątrz nic już nie ma pusto i iluzja wielka.
Tymczasem widzę o liście unoszą się czas zrzucić sierść i pokazać że dłonią bez pazurów łatwiej łzę otrzeć bliźniemu.


  • RSS