Czasami nieśmiertelność przychodzi niepostrzeżenie. Wystarczy nieoczekiwany splot okoliczności, jakiś gest, słowo, opowieść, która echem odbijać się będzie od ścian tego świata lub rzeką wyleje się na papier. Czasami człowiek umiera do końca nieświadomy swojej nieśmiertelnej części.
„powódź tysiąclecia”
- Dzień dobry, jedzie Pan na Kłodzko?
- Wsiadaj.
Gładko suniemy przez pogodny krajobraz południowej Polski, po lewej doglądając majestatycznej ułudy ruchu czeskich gór. Widok wyostrzony jak kosa, ziemia pachnie płodnością, ptaki stadami wydziobują ziarna spomiędzy czarnych skib.
Kierowca – strażak z Paczkowa, nieogolony, małomówny, z trudem przychodzi mu opowiadanie o historii tych terenów. Jedziemy zatem połączeni tym czasem i tą przestrzenią jak kajdankami. Losowy mieszkaniec tych ziem z losowym mieszkańcem ziem innych. Tematycznie ślizgamy się po zdawkowym relatywizmie pogody, po płytkich wodach stanu ekonomicznego kraju, nie zagłębiamy się w problemy regionalnego rolnictwa.
Jadąc przesmykiem między jeziorami Nyskim i Otmuchowskim, mrużąc oczy od słońca odbitego w gładkiej ich toni uświadomiłem sobie, że to przecież tutaj i to nie tak dawno ta woda odgrywała swoje apokaliptyczne orgie. Pytam o to mojego kierowcę.
I oto na czoło wstępuje mu gwiazda, oczy zapalają się, mimo skomplikowanych zakrętów gestykuluje obiema rękami, rozgląda się jakby chciał wypatrzeć tamte szczegóły, otwiera okno jakby chciał poczuć ten odór. Był wtedy na służbie czyli w epicentrum wydarzeń. Nagle uspokaja się i opowieść kontynuuje za niego jedna srebrna łza. Jak w retrospektywnym lustrze widać w niej dzieci podawane przez okna, ludzi ściąganych z dachów, nieustanną walkę na worki z piaskiem, śmieci płynące środkiem miast, głównymi ulicami poruszające się pontony, obsunięcie skarpy z połową cmentarza, walące się zabytkowe kamienice, zerwane mosty, ludzi uczepionych drzew, znaków drogowych , latarń, ludzi, których siłą trzeba odrywać od dorobku życia.
Łza spłynęła przez policzek zostawiając mokry ślad; powódź przeszła właśnie przez twarz tego człowieka. W milczeniu podaję chusteczkę.
„Travnik”
Przemierzając Półwysep Bałkański co chwila widać zniszczenia wojenne – tutaj te blizny goją się bardzo wolno. Już na bośniackiej granicy pytają o materiały wybuchowe; gdy ze śmiechem wskazuję na menażkę jako minę przeciwpancerną nikt się nawet nie uśmiecha. W Sarajewie bloki inkrustowane odłamkami pocisków, ściany jakby obrzucone kamieniami przez smyków.
Teraz Travnik – 70cio tysięczne miasto; od północy ograniczone pasmem górskim Vlašić, a od południa przez zbocza gór Vilenica. Niedgysiejsza siedziba wezyra, najznamienitsze centrum handlu i rzemiosła, ośrodek przemysłowy i ostoja dyplomacji, podczas wojny siedziba serbskiego ruchu oporu. No właśnie, wojny..
Po trzech kawach wypitych po drodze z kierowcami trzęsę się i serce mi wali jak młot, jednak wbrew instynktowi zgadzam się na następną. Zatrzymujemy się na obrzeżach miasta. Scena dosyć dobrze obrazująca życie na Bałkanach to straszliwie mocne espresso popijane wodą przy dźwiękach nawoływania muezina wzywającego na modły. Mój dobroczyńca gestem pyta się czy mam ochotę na Coca-Colę – widocznie mają tu we krwi wielki deficyt kofeiny.
Ruszamy przez miasto. Z lewej strony rozciągają się góry Vlašić, z prawej widać pasmo Vilenicy. Do porozumiewania się używam uniwersalnego słowiańskiego bełkotu i rąk, jednak to wystarczy aby starszy ten pan zaczął swoje wspomnienia. Ciężko nie opowiadać, gdy co rusz mijamy jakieś zgliszcza, rozwalony dom, dziurawy dach, podziobane kulami ściany bloków. Odpowiada na pytania, których nawet nie muszę zadawać. Podobno miasto nie ucierpiało bardzo, natomiast ogromne były straty w ludziach. Nic dziwnego skoro po jednej stronie Serbowie, po drugiej Bośniacy mając miasto tak pięknie malowniczo położone w dolinie mogli dać upust swoim składom amunicji.
Jak bardzo ciężko zrozumieć człowieka, który przeżył wojnę komuś kto tylko o niej słyszał. Czy możemy oczami wyobraźni objąć naraz krzyk, świst kul, swąd ciał, płacz kobiet i dzieci, zapach krwi i prochu, huk eksplozji, żar ognia, zimny pot na czole, pył i dym w płucach. Czy moglibyśmy w ułamku sekundy podjąć decyzję o narażeniu życia dla kogoś? Czy możemy zrozumieć tchórzostwo wobec śmierci? Czy możemy wybaczyć zdradę?
Kierowca ciągle opowiada. Mimo, iż rozumiem tylko urywki to emocje które mu towarzyszom mówią o wiele więcej. Unosi ręce w geście poddaństwa, zakrywa oczy, odwraca głowę, schyla się, udaje że strzela, podnosi kołnierz i wtula głowę w ramiona, wskazuje na zbocza Vlašić, wskazuje na góry Vilenica…
Jedziemy środkiem doliny przez to zbite miasto.
„Świeżonka”
„Dzień dobry Mobilki, tu wita was Bubu Autostopowicz, który pomaga Mobilom w potrzebie…” – takim tekstem autopromocyjnym Bubu przerywa co kwadrans standardowy żargon kierowców przez CB radio. Władowaliśmy się do szoferki we dwójkę wprost z ciemnej, zimnej i mokrej niedzieli, gdy wreszcie któraś anonimowa para świateł zatrzymała się obok. Jesteśmy na 257 kilometrze, ścieżka do Warszawy czysta jak łza, miśki z suszareczką zostały już za nami, można zrelaksować się, zapalić. Bubu zaczyna opowiadać.
Wcześniej obok baru Świeżonka wpatruję się w ciąg aut sunących główną arterią kraju. Deszcz mieszając się z gęstniejącym mrokiem pozbawia mnie powoli kontaktu z rzeczywistością, nakłada na mnie make-up typa spod ciemnej gwiazdy. W takich chwilach chciałoby się rozpalić ognisko, schować się pod przystankiem, stanąć w świetle, porozmawiać z kimś, w takich chwilach czuć nadzieję jak wychodzi poza ciało, staje się ezoteryczna i fatalistyczna. Świat magiczny zaczyna istnieć.
Widzę go jak się zbliża. W kamizelce odblaskowej z karteczką „W-WA” staje za mną. Po chwili podchodzi. Próbujemy rozmawiać stojąc razem na marginesie. Skąd jest? Chyba spod Radomia. Dokąd jedzie? Chyba do Warszawy, ale zawraca. Skąd wystartował? Chyba z Katowic. Szczegóły giną w szumie opon o mokrą nawierzchnię i ryku silników.
- Może masz ochotę na świeżonkę? – proponuję
Ciepłe wnętrze pozbawia czas jego ostrych granic; nigdzie nie trzeba się spieszyć. I tu Bubu obnaża swój świat. Jest Autostopowiczem, dobrym duchem głównych tras w Polsce. Od kilku miesięcy jeździ tak bez przerwy i pomaga kierowcom ciężarówek; zna plany większości miast, sposoby dojazdu do miejsc rozładunku, wie ile kilometrów ma dziś korek pod Siewierzem, gdzie stoi inspekcja, gdzie był wypadek, gdzie stoją dziwki.. Kierowcy pomagają mu za to dając jakieś żarcie i papierosy, czasami nocują go w kabinie lub w budynkach spedycji. Jego opowieści niosą w eter przez CB radio, gdzie już jest kojarzony, gdzie obrasta powoli w legendę.
Bubu potrafi być wdzięczny – za posiłek chce ofiarować mi swoją kamizelkę, swój znak rozpoznawczy.
Patrzę na tego chłopaka spod Radomia, jego ufność i szczerość aż biją po oczach. Przecież mógłby teraz pracować za granicą, mógłby spotykać się w pubie ze znajomymi, mógłby chodzić na dyskoteki, mógłby przemierzać kraj jadąc do dziewczyny.
- Bubu dlaczego to robisz?
- Wiesz, pół roku temu ojciec ukradł mi wszystkie pieniądze i wyrzucił mnie z domu.
Kończymy, trzeba się zebrać w sobie i wyjść. Trzeba poskładać myśli. Wychodzimy na drogę jakbyśmy wracali do domu.
Teraz ja podwożę te historie. Puszczam je w nieskończony obieg. A może tylko zakopuję kapsułę czasu, żeby nie zapomnieć, że byłem, że przeżyłem to, że oni byli, że byliśmy…